Synowie kalifatu wracają do domu. Jak Europa radykalizuje drugie pokolenie imigrantów
Młodzi mężczyźni urodzeni w Europie częściej niż ich ojcowie zwracają się ku radykalnemu islamowi. Problem nie tkwi w braku integracji, ale w nadmiarze tożsamościowego chaosu, który liberalne społeczeństwa stwarzają bez oferowania alternatywy.
Youssef miał dwadzieścia dwa lata, kiedy przestał pić piwo i zaczął się modlić pięć razy dziennie. Jego ojciec, taksówkarz z Casablanki, który przeprowadził się do Brukseli w 1998 roku, nie widział od środka meczetu od trzydziestu lat. Youssef studiował informatykę, mówił po flamandzku lepiej niż po arabsku, a w jego pokoju wisiał plakat Arsenalu. Nikt nie spodziewał się, że w ciągu sześciu miesięcy będzie nagrywał filmiki na TikToku o tym, dlaczego muzułmanie nie mogą żyć według praw niewiernych. To nie jest historia o biedzie. To historia o próżni.
Druga generacja nie wraca — odkrywa po raz pierwszy
Gdy mówimy o radykalizacji w Europie, myślimy o imigrantach przybywających z Bliskiego Wschodu czy Afryki Północnej. Tymczasem większość młodych mężczyzn angażujących się w fundamentalistyczne ruchy islamskie urodziła się w Paryżu, Rotterdamie czy Birmingham. Ich ojcowie przyszli do Europy z nadzieją ekonomiczną i plastikowym stosunkiem do religii — modlili się sporadycznie, pili okazjonalnie, nie narzucali córkom hidżabu. Dla pierwszego pokolenia islam był częścią tożsamości kulturowej, a nie programem politycznym. Synowie odwrócili ten porządek. Dla nich islam stał się ideologią totalną, bo niczego innego nie dostali w pakiecie.
Socjolodzy nazywają to zjawisko born-again Muslims — narodzinami na nowo w wierze, którą rodzice traktowali instrumentalnie. We Francji trzecia część osób skazanych za terroryzm islamski w latach 2015–2022 pochodziła z rodzin zlaicyzowanych, często mieszanych. Nie uczyli się arabskiego od matek, nie chodzili do meczetów z ojcami. Salafiźm odkryli przez internet, gdzie męskość zdefiniowana jest wyraźniej niż w jakimkolwiek programie integracyjnym. To nie powrót do korzeni. To konstruowanie nowej tożsamości z materiałów pobranych online — algorytmicznie dostarczanych przez platformy, które optymalizują zaangażowanie, nie mądrość.
Kryzys transmisji: ojcowie, którzy nic nie przekazali
Pierwszy problem tkwi w niemożności przekazania czegokolwiek. Ojcowie-imigranci znaleźli się w sytuacji bez precedensu: żyli w kraju, którego do końca nie rozumieli, mówili językiem z akcentem, pracowali na stanowiskach bez prestiżu. Nie mogli nauczyć synów, jak być mężczyzną w Europie, bo sami nigdy się tego nie nauczyli. Jednocześnie utracili autorytet kulturowy kraju pochodzenia — synowie nie chcieli być Marokańczykami czy Turkami, bo nigdy tam nie mieszkali. Pozostała próżnia.
W tej próżni działa mechanizm, który antropolog Scott Atran nazwał sacred values — wartościami świętymi, niepoddającymi się ekonomicznej kalkulacji. Młodzi mężczyźni z rodzin imigranckich nie dostają od ojców żadnego zestawu wartości świętych. Nie ma rytuałów przejścia, nie ma wzorców męskości, nie ma odpowiedzi na pytanie: kim jestem? Liberalna Europa mówi: bądź kim chcesz. Ale młody człowiek, zwłaszcza mężczyzna, nie chce być kim chce. Chce wiedzieć, kim powinien być. I tu pojawia się salafizm z gotowym scenariuszem: jesteś wojownikiem wiary, obrońcą czystości, mężczyzną w świecie zemaskulinizowanych niewiernych. Prosty przekaz. Zero niuansów. Maksymalna pewność.

Masculine anxiety w epoce płynnych ról
Radykalizacja młodych muzułmanów w Europie to także odpowiedź na kryzys męskości w kulturze Zachodu. Gdy feminizm trzeciej fali rozłożył tradycyjne role płciowe, a kultura popularna promuje płynność gender, młodzi mężczyźni — zwłaszcza ci z rodzin, gdzie ojcowie nie rozmawiali o uczuciach — szukają kotwicy. Islam fundamentalistyczny oferuje najbardziej czytelny model męskości na rynku ideologii: mężczyzna to przywódca rodziny, obrońca wiary, ten, kto się nie ugina. To atrakcyjne dla kogoś, kto nie wie, jak odnaleźć się w świecie, gdzie masculinity jest podejrzana, a każda pewność siebie może być nazwana toxic.
W tej konkurencji Europe przegrywa. Szkoły publiczne w Brukseli czy Berlinie uczą tolerancji, otwartości, krytycznego myślenia — ale nie uczą, jak być mężczyzną. Nie oferują ram, rytuałów, jasnych ról. Młodzi muzułmanie widzą europejskich rówieśników dryfujących bez celu, pogrążonych w pornografii, grach wideo i depresji. A imam na YouTube pokazuje życie w męskim bractwie, z zasadami, hierarchią, sensem. Nie chodzi o teologię. Chodzi o strukturę.
Paralelne światy i media społecznościowe jako meczet
Radykalizacja rzadko dzieje się w meczetach — większość europejskich meczetów kontrolują umiarkowane organizacje, często finansowane przez państwa pochodzenia, które same obawiają się salafizmu. Prawdziwa radykalizacja zachodzi w mieszkaniach, na Discordzie, w grupach Telegram, na TikToku. Algorytmy platform społecznościowych nagradzają skrajność — im bardziej kategoryczne treści, tym większe zaangażowanie. Młody mężczyzna, który szuka odpowiedzi na pytanie o islam, w ciągu tygodnia ląduje w bańce pełnej przekazów o wielkości ummy, zdradzie Zachodu, konieczności walki. To środowisko oferuje nie tylko ideologię, ale wspólnotę — coś, czego brakuje zarówno w europejskich miastach, gdzie sąsiedzi się nie znają, jak i w rodzinach, gdzie ojcowie milczą.
We Francji po atakach terrorystycznych w 2015 roku badano profile sprawców. Większość miała historię przeglądania treści salafickich online na długo przed jakimkolwiek kontaktem z radykalnymi grupami offline. Ich radykalizacja była samotna, digitalna, algorytmicznie wspierana. Platformy technologiczne stworzyły infrastrukturę dla zjawiska, którego nie potrafią kontrolować — bo kontrola wymagałaby porzucenia modelu biznesowego opartego na maksymalizacji czasu ekranowego.
Co Europe może zaoferować w zamian?
Problem polega na tym, że liberalne społeczeństwa nie mają dobrej odpowiedzi na potrzebę sztywnych ram. Ich siła tkwi w otwartości, pluralizmie, braku jednej narracji. Ale dla młodego człowieka w kryzysie tożsamościowym to nie jest siła — to słabość. Integracja nie może polegać na wzywaniu do krytycznego myślenia, jeśli jednocześnie nie oferuje się żadnej pewności. A Europe nie chce oferować pewności — boi się, że każda wspólna narracja to zaczątek autorytaryzmu. W efekcie pozostawia młodych ludzi samym sobie, a salafizm wchodzi w tę pustkę bez oporu.
Niektóre miasta eksperymentują. W Århus w Danii wprowadzono program dla powracających z Syrii bojowników ISIS — zamiast więzienia oferowano pracę, mieszkanie, wsparcie psychologiczne. Część osób zintegrowała się. Inna część nie. W Holandii próbowano tworzyć alternatywne programy mentorskie dla młodych muzułmanów, z imamami uznanymi za umiarkowanych. Skuteczność: niewielka. Bo problem nie leży w braku dostępu do umiarkowanego islamu. Leży w tym, że umiarkowany islam nie oferuje tego, czego szukają — dramatycznej pewności, męskiego bractwa, jasnej misji.
Może Europe nie potrafi wygrać tej konkurencji, bo nie chce grać według tych samych reguł. Liberalizm zakłada, że ludzie są autonomicznymi jednostkami, które same tworzą znaczenie. Ale młodzi mężczyźnie w Brukseli, który nie wie, kim jest, ta autonomia nie pomaga. Salafizm mówi: wiem, kim jesteś. I w świecie płynnych tożsamości to może być najsilniejsza oferta na rynku.


